Zwierzęta

Andrzej Saramonowicz To, co…

Andrzej Saramonowicz
To, co ma miejsce teraz w Australii, jest przerażające. Apokalipsa istnień czujących. Zdjęcia przytulonych do siebie w przerażeniu koali czy kangurów wyciskają łzy z oczu. Rodzi się we mnie – zwierzęciu współczującym – pewność, że tak wielkie cierpienie musi wyrwać świat z orbity. Pół miliarda zwierząt. Pół miliarda śmierci. Ta liczba odbiera oddech. Jeśli życie nie jest jedynie algorytmem, jeśli ma w sobie jakąkolwiek metafizyczną cząstkę, ta wyrwa musi się objawić także w każdym z nas. Oddzielnym, ale przecież i połączonym.

A potem do mnie współczującego dosiada się ja analityczny i szepcze: sprawdź dane.

Sprawdzam więc.

Rocznie na świecie zabijanych jest przez nas, ludzi, około 70 miliardów zwierząt, z czego ponad 50 miliardów – na mięso i skóry. W Polsce 840 milionów samych zwierząt lądowych.

Świnie dożywają maksymalnie wieku 6 miesięcy. Nowo narodzonym prosiaczkom ucina się bez znieczulenia ogonki i uszy, by później stłoczone zwierzęta z frustracji nie odgryzały ich sobie wzajemnie. Według danych GUS tylko w Polsce zabija się rocznie przeszło 18 milionów świń. Czyli prawie 50 tysięcy dziennie.

Krowy całe swoje życie przeżywają we wnętrzu budynków. Cierpią na problemy z biodrami, kończynami. Byki są kastrowane bez znieczulenia. Krowy zapładnia się sztucznie, a tuż po porodzie zabiera im się cielaki, które doprowadza się do anemii, by ich mięso było bladoróżowe i osiągnęło jak najwyższą cenę.

Wśród kur niosek tuż po urodzeniu odseparowuje się koguciki (bo nie składają jaj), które zostają żywcem zmielone na karmę dla innych ptaków. Samice trzymane w maksymalnym stłoczeniu w klatkach ustawionych jedna na drugiej. Łamią sobie skrzydła i nogi. By zmniejszyć skutki ich agresji, spowodowanej zamknięciem, hodowcy obcinają im dzioby. Oczywiście bez znieczulenia. Prawie 700 milionów kur rocznie zostaje zabitych w Polsce.

Przy odławianiu ryb używa się sieci obejmujących obszar około 50 kilometrów. Ryby, które zostaną w nie złapane, są zgniatane pod ciężarem kolejnych trafiających do sieci. Duszą się godzinami. Ryby hodowane zabija się, wrzucając je do kontenerów z lodem, tak by umarły z braku tlenu albo wrzuca do wody z dużym stężeniem dwutlenku węgla, który uniemożliwia oddychanie. W samych Stanach Zjednoczonych ginie rocznie 7 miliardów ryb.

Czy przytaczając te dane chcę pomniejszyć skalę australijskiej tragedii? Ani trochę. Chcę tylko powiedzieć, że apokalipsa – o czym pochylony nad średniowysmażonym stekiem, kurczakiem w pięciu smakach czy nigiri z tuńczykiem zawstydzająco zapominam – dzieje się codziennie.

Sprawia ją ogień, który płonie we mnie. W tobie. W nas.

Ale by nie było, że po harcersku wierzę, iż los świata jest w rękach zwykłych ludzi, muszę tu dodać, że według mnie każdy z nas – wytwórców własnego szczęścia kosztem cudzego – może dla świata zrobić dokładnie tyle, co jedna z milionów ryb, które miażdżą się właśnie w tej chwili w jakiejś gargantuicznej sieci. Czyli nic.

Bo bez strukturalnych zmian – poczynionych na szczytach światowej władzy – nie ma co liczyć na poprawę.

Niestety, dopóki Angela Merkel będzie popierdalać z wizytą do Władimira Putina nie dlatego, że klimat na Ziemi trafia szlag, lub by zmienić nasze z kamienia łupanego lajfstajle, a jedynie z tej racji, że pewien idiota z Ameryki kazał odstrzelić pewnego opryszka z Iranu, na to się nie zanosi.

#wegetarianizm #weganizm #zwierzeta #zwierzaczki